Śladami cywilizacji Majów czyli Gringos w Meksyku Drukuj

 

Pomysł wyjazdu do Meksyku kiełkował w głowach niektórych z nas od miesięcy, lat nawet, jako jeden z możliwych kierunków, lecz decyzję o wyjeździe musieliśmy podjąć  w przeciągu jednej doby. Elementem decydującym okazała się cena biletów do Cancun, niezwykle atrakcyjna. Nie obyło się bez obaw: Meksyk to  kraj  o wysokiej przestępczości, gdzie kradzieże, napady z bronią w ręku i uprowadzenia są na porządku dziennym. Do tego walki karteli narkotykowych, handel ludźmi, skorumpowana policja i politycy, partyzanci walczący o swe prawa…. Wielu znajomych, karmionych newsami mediów, odradzało nam ten kierunek. My jednak wiemy, iż gdy ma się pecha, zawsze można znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i czasie.


12 godzin lotu. To lot czarterowy biura podróży TUI, wokół nas polscy turyści udający się na wypoczynek na Rivierę Maya. Tam przez tydzień lub dwa, za bardzo solidne pieniądze,  wylegiwać się będą na plażach Morza Karaibskiego i sączyć drinki w przyhotelowych barach i restauracjach. Nasz plan jest  inny: przewiduje pokonanie około półtoratysięcznej trasy poprzez meksykańskie prowincje Jukatan i Chiapas, następnie Gwatemalę, Belize i powrót do punktu wyjścia. A tym jest Tulum, miasto,  do którego mamy zabukowany transfer z lotniska, i gdzie na czas trzech tygodni zamierzamy zostawić nasze pudła na rowery.


Pierwsze etapy rowerowe wiodą w kierunku Meridy. Trasa wydaje się niezbyt ciekawa krajobrazowo: mamy tropikalne zarośla mangrowe  po prawej i  lewej stronie - plątaninę krzewów i drzew różnego gatunku, nie do przebycia, tworzącą skuteczną zasłonę dla tego, co w głębi. A dobiegające stamtąd odgłosy świadczą niezbicie, że toczy się tam całkiem bujne życie…


Interesuje  nas  wszystko: ludzie, budynki, sklepy, zwierzęta…rozglądamy się więc ciekawie.


Zwiedzamy bardzo urokliwe, kolonialne miasteczka. Valladolid, gdzie zachwycają piękne, kolorowe budynki i mieszkańcy ubrani w tradycyjne, indiańskie stroje. Następnie Izamal –   Żółte Miasteczko. Jest zbudowane na ruinach dawnego miasta Majów. W 1993r. odwiedził je Jan Paweł II, zatem Polaco traktowani są  tam ze szczególną sympatią. Izamal jest też znane za sprawą  Mezcalu – obok tequili  najpopularniejszego meksykańskiego alkoholu wyrabianego z agawy, ten jest  z dodatkiem larwy gąsienicy gusano. Degustowaliśmy niejednokrotnie różne odmiany obu trunków…zapewniam, już po jednym kieliszku znikają troski i pojawia się dobry humor.


Po dotarciu do Meridy – stolicy Jukatanu, autobusem przemieszczamy się do Palenque, około 600km. Jesteśmy w stanie Chiapas. Cały Chiapas to Meksyk w pigułce – kraina kolonialnych miast i indiańskich wiosek, położonych wśród bujnej roślinności lasów deszczowych i wyniosłych sylwetek gór.  Meksykanie mówią, iż to najpiękniejszy region ich kraju. Potwierdzić w pełni tego nie możemy, zbyt mało widzieliśmy, ale że piękny niesłychanie… pod tym podpisujemy się dwiema rękami.


Ruiny miasta Majów w Palenque wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wynurzają się z tropikalnego lasu. Wczesnym rankiem unosi się nad nimi delikatna mgła, a z dżungli dobiegają  odgłosy małp i tukanów…sceneria prawie jak z kadrów filmu o King-Kongu. Zwiedzamy świątynie, ruiny pałacu, boisko do gry w pelotę….Gra nie jest zwykłą zabawą – jej celem jest zwyciężenie złych sił i zapewnienie ładu na świecie, a stawką… życie zawodników.


I ruszamy dalej.
Oglądamy Aqua Azul  (Błękitna Woda)– ciąg wodospadów , powstały dzięki zbiegowi trzech rzek…odcień wody jest niezwykły.

Napotkanym po drodze partyzantom musimy zapłacić haracz. Po twardych negocjacjach płacimy 50 pesos za 6 osób, czyli ok. 4 USD.
Mijamy Ocosingo  i znów autobusem – do położonego na wysokości 2100m  miasteczka San Cristobal.  Tam pauzujemy dzień, by nasycić oczy pięknem miasta  i podziwiać wspaniałą panoramę  pobliskiego  Kanionu Sumidero, oraz jego egzotyczną faunę i florę.
Podążając śladami Majów, odwiedzamy Toninę – prawdopodobnie  najwyższą na Jukatanie piramidę . Jest bardzo cicho i spokojnie, a my jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Stwarza to niesamowitą atmosferę. Wspinamy się na górę po kolejnych schodkach, a im bliżej szczytu, coraz bardziej stromo. Widok stamtąd…. klękajcie narody.
Góry, wioski, ludzie….kolejne dni mijają…my jedziemy i jedziemy, wspinamy się, zjeżdżamy. Indianie  patrzą z niedowierzaniem na naszą ekipę….jedynie dzieci nieco bardziej ufne…Kowboje na koniach nie dziwią się niczemu…ze spokojem zarzucają  swe lassa na szyje bydląt…czasem zazdrościmy im - chętnie zamienilibyśmy się z nimi na środki lokomocji. Szybko opuszczamy autonomiczną partyzancką  wioskę, czując niechęć mieszkańców do obcych…a następnie uciekamy z wioski „pijanej”, zaczepiani przez najbardziej odważnych . W Nowej Palestynie, po niezwykle ciężkim odcinku, mamy ochotę na piwo…niestety, to miasto muzułmanów…można kupić alkohol, ale tylko spod lady (o hipokryzjo!!) i wymaga to niezłego zachodu.  Ale cóż to dla nas??


Granicę Meksyku z Gwatemalą pokonujemy łódką, przeprawa trwa około pół godziny (kilka kilometrów w górę rzeki). Posterunek graniczny musimy znaleźć sami, żadnych drogowskazów, pytamy tubylców o kierunek. Gwatemala wita nas drogą  mogącą robić za nocny koszmar rowerzystów, ten odcinek kończymy późno, kilkanaście  kilometrów przejeżdżamy w ciemności. Ze względu na nawierzchnię, nie jest fajnie. Ale warto było, gdyż kolejne zwiedzane miejsce, Tilak, robi niesamowite wrażenie i zachwyca tajemniczością..  Nad wierzchołkami drzew wilgotnej dżungli wystają kamienne świątynie i pałace Majów….W dżungli piramidy  ledwie widoczne, zagrzebane pod ziemią i roślinnością, o ich istnieniu świadczy jedynie zbyt regularny kształt wzniesienia, by można je uznać jedynie za twór natury.


Wcześniej zatrzymujemy się na kilkugodzinny odpoczynek we Flores, uroczym starym miasteczku położonym na półwyspie jeziora Peten Itza.
Przez Belize udajemy się znów w kierunku Meksyku. Pierwsze wrażenia pozytywne, zadbane farmy “białasów” i można dogadać się po angielsku. Atmosfera trochę jak w Stanach, głównie za sprawą czarnoskórej ludności…Tubylcy leniwie wylegują się w hamakach przed swymi domostwami, a my jedziemy i jedziemy…pewnie niezły ubaw z nas mają…
Po przekroczeni granicy z Meksykiem czujemy się jak w domu…


W Bacalar podziwiamy lagunę i uczestniczymy w imprezach  odbywającego się właśnie karnawału.
70 km jedziemy wąską drogą przez dżunglę…przez kilka godzin  nie spotykamy ani jednego człowieka. Docieramy do przystani, gdzie miały czekać łódki, ażeby przeprawić się do Punta Allen. Łódek “ani słychu ani widu”, pustkowie… Pogoda piękna, woda krystaliczna, postanawiamy biwakować. Ledwo zagotowała się woda na kuchence benzynowej, pojawiła się łódka z ładunkiem owoców, nasion, skrzynek różnych i worków. Szczęśliwi pakujemy szybko klamoty … i tylko właściciel kuchenki ma kwaśną minę .. na szczęście oparzenia nie były zbyt rozległe.
W  rybackiej wiosce Punta Allen śpimy w namiotach na plaży.. niebo jest niezwykle gwieździste a szum fal relaksuje i usypia…
Podobnie następnej  nocy…usypiamy zmęczeni próbami dobrania się do kokosa, w celu degustacji jego smakowitego wnętrza…za narzędzia mamy jedynie scyzoryki…nie jest lekko…


I znów w Tulum…trzy tygodnie minęły i trzeba pakować rowery.
Rowerami przejechaliśmy trasę 1500km (łącznie 16 rowerowych odcinków). Przemieszczaliśmy się również autobusami, busami  i łódkami.
Spaliśmy w hotelach, hostelach, namiotach.
Żywiliśmy się polskimi kabanosami i konserwami, z wielką przyjemnością degustowaliśmy również meksykańską kuchnię: głownie tortille w najróżniejszym wydaniu, a także tacos, nachos, guacamole, enchiladas, buritto… Głównym naszym napojem była woda, której na trasie pochłanialiśmy wielkie ilości, czasem piwko Corona lub Modelo, sporadycznie teuqilla czy mezcal.


Cztery razy zmienialiśmy dętkę a raz musieliśmy zreperować bagażnik..
Porozumiewaliśmy się w języku angielskim, a hiszpańskim przy pomocy rozmówek, Janusz opanował te sztukę perfekcyjnie…na wioskach w grę wchodził jedynie język migowy…
Jednym zdaniem: Kolejny cudowny wyjazd, a w  Meksyku…. można się wprost zakochać:-)))